INFORMACJE O BLOGU

Cream of the crop

Ten manifest użytkownika Bolson przeczytało już 3894 czytelników!
Łącznie swój komentarz zostawiło 4 z nich.

MÓJ BLOG



Co tydzień (dopóki mi się nie znudzi, więc równie dobrze wszystko może się skończyć po tym wpisie) pojawiać się będą krótsze bądź dłuższe wspomnienia drużyn z minionych wersji Football Managera. Zapadły mi w pamięci z różnych powodów. Jeśli ktoś wspomni o ich teraźniejszych wydaniach, zawsze choć na chwilę wracam pamięcią do prostszych czasów, gdy najtrudniejszym zadaniem było zapisanie i wyłączenie gry. Mam nadzieję, że wzbudzi to w was, czytelnicy, choć odrobinę nostalgii i zachęci do własnych wspominek.

 
***

Domyślam się, że według niektórych z was ta pozycja na liście może być uznawana za pewnego rodzaju formę oszustwa. W końcu to przecież nie do końca jest drużyna.

Ale w tym miejscu muszę podkreślić dwie rzeczy.
1. To mój cykl.
2. Jak regularnie będę podkreślał, sukcesem jest fakt, że ten tekst w ogóle powstaje.

Skoro ta kwestia jest zamknięta, przechodzimy do meritum.

 
***
 
Jakie są wasze pierwsze mecze, które zapadły wam w pamięci na tyle, że nawet teraz jesteście w stanie przypomnieć sobie ich szczegóły?

W moim przypadku jest to słynny finał Ligi Mistrzów z 1999 roku pomiędzy Manchesterem United i Bayernem Monachium. Miałem wtedy 4,5 roku, a bramki Sheringhama i Solskjaera zrobiły na mnie tak ogromne wrażenie, że na lata zakochałem się w Czerwonych Diabłach. Ten związek dobiegł końca dopiero gdy przyszedł czas na podjęcie bardziej świadomej i pasującej do mojej osobowości decyzji odnośnie sympatii kibicowskich. Niemniej, nawet teraz z życzliwością spoglądam w stronę czerwonej części Manchesteru i z żalem patrzę, jak ta potężna marka pręży muskuły głównie w kwestiach finansowych. Trudno spodziewać się, że Ole Gunnar Solskjaer, mimo całej mojej sympatii do Norwega, poukłada to wszystko na tyle, żeby mieć swój moment zrzucenia Liverpoolu z ich pieprzonej grzędy. Oczywiście będę trzymał za to kciuki, lecz szczerze w to wątpię.

Drugie z moich zapisanych na zawsze spotkań odbyło się 25 czerwca 2000 roku. EURO 2000 to pierwszy wielki piłkarski turniej, który pamiętam. Niezapomniane klasyki Portugalii z Anglią, Anglii z Rumunią z grupy A. Świetne starcie Jugosławii ze Słowenią i jeszcze lepszy thriller Jugosławia – Hiszpania w grupie C. Faza grupowa EURO 2000 była dla młodego chłopaka niezwykle emocjonującym przeżyciem. Piękne bramki, mecze rozstrzygane w decydujących momentach, nerwy do samego końca. Chociaż ostatecznie po puchar sięgnęli Francuzi (nigdy nie wybaczę Abelowi Xavierowi tej ręki w półfinale), w trakcie tego turnieju powstały moje trzy niezniszczalne reprezentacyjne połączenia kibicowskie.

Jako wciąż świeży fan Manchesteru United nie mogłem nie kibicować Anglikom. Jak się okazało już w 2000 roku, a potem na przestrzeni lat potwierdzało się to wielokrotnie, rewelacyjnie radzą sobie jako reprezentacyjny odpowiednik Evertonu. Do każdego turnieju podchodzą z wielkimi ambicjami, żeby potem, często w spektakularny sposób, implodować i odpaść przedwcześnie. Jestem przekonany, że tak samo stało by się podczas EURO 2020.

Włochy zaimponowały mi swoją bezwzględnością. Squadra Azzurra nie grała wtedy spektakularnego futbolu, ale wiedziała dokładnie co zrobić, żeby wygrać. W finale zabrakło tej bezwzględności, odrobiny zimnej krwi, kolejnej chwili koncentracji.

I oczywiście bohaterowie dzisiejszego wpisu.

25 czerwca 2000 roku. Stadion De Kuip w Rotterdamie. Na trybunach, pośród morza pomarańczowych koszulek, król Holandii. Prowadzeni przez Franka Rijkaarda Oranje stają naprzeciw Jugosławii, dla której był to ostatni wielki turniej – do Korei i Japonii nie pojechali, a w 2003 roku oficjalnie jugosłowiańska federacja stała się reprezentacją Serbii i Czarnogóry. W składzie Plavich między innymi Sinisa Mihaljović, Miroslav Djukić, Predrag Mijatović czy Dejan Stanković. Po drugiej stronie plejada gwiazd.



Przez pierwsze dwadzieścia minut nie działo się nic ogromnie ciekawego. Jugosławia była dobrze zorganizowana w defensywie, a Holendrzy nie mieli pomysłu na sforsowanie zapory. Ale kolejne siedemdziesiąt sprawiło, że 25 czerwca parę minut po godzinie 20 trudno było mi uwierzyć w to, co zobaczyłem. Pierwszy gol Patricka Kluiverta odmienił losy meczu. Wtedy nie oglądałem jeszcze zbyt wielu meczów innych niż spotkania Zagłębia Lubin, więc nie wiedziałem za bardzo, że można grać w piłkę tak, jak to miało miejsce podczas EURO 2000. A popis Holendrów był absolutną wisienką na torcie.

Jugosławia została zmieciona z powierzchni ziemi, całkowicie rozbita. Zespół Vujadina Boskova nie miał kompletnie nic do powiedzenia, po golu Kluiverta z 24 minuty przyjezdni rozsypali się w drobny mak. A Holendrzy wykorzystywali każdą okazję do tego, aby uradować wypełniony po brzegi Feijenoord Stadion.

A potem wszystko poszło się…

W telegraficznym skrócie - grając przeciwko znacznie lepiej zorganizowanej defensywie Włochów po 120 minutach półfinału było 0:0. W karnych Holendrzy przegrali z własnymi głowami i Francesco Toldo. Na mistrzostwa świata w 2002 roku w ogóle nie pojechali, zajmując trzecie miejsce w grupie za Portugalią i Irlandią. Dwa lata później znowu odpadli w półfinale mistrzostw Europy, uznając wyższość gospodarzy – Portugalczyków.

Wszystko ma się odmienić w 2006 roku. A my rozpoczynamy naszą przygodę latem 2005.

 
***

Ach, starsze Football Managery, w których menu nie było na górze, tylko na pasku po lewej bądź prawej stronie. Co za czasy…

Holendrzy prowadzą w grupie 1 kwalifikacji do mistrzostw świata 2006. Po siedmiu zwycięstwach i remisie w ośmiu spotkaniach losy awansu na cztery kolejki przed końcem kwalifikacji wcale nie są rozstrzygnięte. Żeby uniknąć konieczności gry w barażach menedżer musi poprowadzić Oranje do zwycięstw nad Armenią, Andorą, Macedonią i, przede wszystkim, Czechami, którzy czają się za plecami mając zaledwie jeden punkt mniej od nas. Ciąży zatem na nas niemała presja, żeby spełnić oczekiwania związku, kibiców i króla. Coś mi jednak podpowiada, że damy sobie radę.


Dla przejrzystości niektóre screeny są wrzucane bezpośrednio, niektóre, dla chętnych, w postaci linków do przejrzenia po kliknięciu. Dodatkowo, piłkarze wspomniani, ale bez załączonych screenów są oznaczeni jaśniejszym kolorem.

Zaczynamy od najpewniejszych rąk po tej stronie Renu. Edwin van der Sar (CA 170) właśnie dołączył do Manchesteru United po tym, jak spędził cztery sezony w Fulham. Sir Alex Ferguson zapłacił za niego śmieszne 2,9 miliona euro i trudno się spodziewać, że doświadczony, 34-letni golkiper zawiedzie jego zaufanie. To właśnie do van der Sara należy bluza z numerem 1.



Trzeba się jednak liczyć z tym, że bramkarz, który w czerwcu 2005 zaliczył setny występ w reprezentacji, po MŚ w 2006 roku będzie chciał zakończyć reprezentacyjną karierę, aby przedłużyć tę klubową. (W rzeczywistości van der Sar grał do EURO 2008). Jeśli tak się stanie, to następca jest już gotowy, aby podjąć rękawicę. Za kontynuację tradycji wybitnych holenderskich bramkarzy będzie odpowiedzialny Maarten Stekelenburg (CA 143, PA 174) broniący na co dzień barw Ajaxu Amsterdam. Na tę chwilę w odwodzie pozostają starzy, ale jarzy Henk Timmer oraz Edwin Zoetebier.
 
W obronie, po odejściu z kadry przez Franka De Boera i Jaapa Stama (w wieku zaledwie 32 lat!), brakuje powszechnie uznanych nazwisk. Na prawej stronie o miejsce w wyjściowym składzie będą rywalizować Andre Ooijer (CA 150) i Jan Kromkamp (CA 148, PA 164). Ten drugi zapowiada się ciekawie, właśnie przeszedł do Villarreal po tym, jak brylował w barwach AZ Alkmaar. Środek defensywy należy do młodzieży – Khalid Boulahrouz (CA 152, PA 160) i John Heitinga (CA 148, PA 170) mają odpowiednio 23 i 21 lat, więc co najmniej przez siedem-osiem sezonów mogą stanowić duet środkowych obrońców nie do zdarcia. Prawda? Tak, też chciałbym w to wierzyć… Wsparcie będą stanowili byli koledzy z PSV Eindhoven (porozmawiamy o nich kiedy indziej): Wilfred Bouma (CA 150, Aston Villa) i Kevin Hofland (CA 146, Wolfsburg).

Lewa strona należy bezapelacyjnie do Giovanniego van Bronckhorsta (CA 153). Obecnie Gio reprezentuje barwy Barcelony, a to świadczy o ogromnej klasie 30-letniego obrońcy i nie, wcale nie przeszkadza mi krycie na poziomie 11. Nie ma i, patrząc na stan posiadania na tej flance, przez lata na lewej obronie nie będzie nikogo lepszego od van Bronckhorsta. Oznacza to, że będziemy korzystać z jego usług dopóki nie zakończy kariery. Oby grał, grał i grał, bo mimo mojej sympatii do Patricka Paauwe nie ufam mu do końca, podobnie jak Timowi de Clerowi (który i tak pewnie pojedzie na MŚ).

Jak można zauważyć, to nie obrona jest powodem, dla którego Holandia była tak uwielbianą przeze mnie drużyną. W żadnym wypadku. Im dalej w las, tym więcej problemów, ale z takimi problemami chciałby się zmagać każdy selekcjoner.

Patrzę na ekran taktyki już od dobrych kilkudziesięciu minut i nadal nie jestem w stanie zmieścić wszystkich wspaniałych pomocników na boisku. Musiałbym grać w czternastu, żeby nie żałować, że ktoś zostaje na ławce rezerwowych. Cóż, po kolei.

Ponieważ Football Manager pozwala nam napisać alternatywną historię, mistrzostwa świata w Niemczech będą ostatnim wielkim turniejem dla Edgara Davidsa (CA 152). W rzeczywistości ten wybitny pomocnik nie dokończył nawet kwalifikacji do niemieckiego mundialu, rozgrywając w 2005 roku zaledwie jeden mecz w narodowych barwach. Jeśli, podobnie jak ja, urodziliście się w latach 90., obraz Davidsa biegającego w pomarańczowych okularach powinien pojawiać się w waszej pamięci za każdym razem, gdy wspomniane jest jego nazwisko. Roberto Carlos, Ryan Giggs i Edgar Davids w swoich charakterystycznych okularach – okładka FIFY 2003 była doprawdy wspaniała. Pitbull jest już po szczycie swojej kariery, kiedy to dominował w barwach Juventusu, ale wciąż prezentuje na tyle wysoki poziom, że zapewnia spokój w środku pola.

Obok Davidsa mamy Phillipa Cocu (CA 154), piłkarza o ogromnej klasie i gracza niezwykle wszechstronnego. Zobaczcie sami – Cocu może grać po prostu wszędzie. Najlepiej będzie spisywał się oczywiście na środku pomocy, gdzie idealnie pasuje do niego (wówczas jeszcze nieokreślona przez Football Managera) rola registy, dyktującego tempo gry z głębi pola, sterującego wydarzeniami boiskowymi niczym dyrygent. Mimo 34 lat Phillip Cocu wciąż jest w stanie zrobić na boisku niemal wszystko, co za piłkarz.

Trzecim ze środkowych pomocników jest Mark van Bommel (CA 165, PA 168). Właśnie przeniósł się do Barcelony po znakomitym sezonie w barwach PSV. Drużyna z Eindhoven była o kilka minut od finału Ligi Mistrzów w sezonie 2004/2005, ale marzenia o tym wyczynie odebrał im Massimo Ambrosini. Van Bommel w poszukiwaniu triumfu obrał kurs na Katalonię. Bóg stałych fragmentów gry (gdzie byłeś w 2000 roku, Mark?), a przy okazji notoryczny łamacz kości (to właśnie on otrzymał pierwszą żółtą kartkę podczas Bitwy o Norymbergę podczas 1/8 finału MŚ 2006 z Portugalią). W 2005 roku van Bommel był u szczytu swoich piłkarskich umiejętności, ale miał w zbiorniku wystarczająco dużo paliwa na osiem kolejnych sezonów. Jeszcze o nim porozmawiamy.

Porozmawiamy jeszcze także o lewoskrzydłowym w tej układance, Arjenie Robbenie (CA 175, PA 190!). W wieku 21 lat miał u stóp cały piłkarski świat, stając się rewelacją po pierwszym sezonie w Chelsea.



Ponieważ będziemy omawiać go nieco dłużej w przyszłości (być może nawet niedalekiej), w tym momencie zatrzymam się na tym, że tylko dwóch skrzydłowych w bazie Football Managera 2006 dorównywało Robbenowi umiejętnościami i potencjałem – Vicente i Cristiano Ronaldo. Wskaż tego, który nie zrobił kariery takiej, jak powinien.

Clarence Seedorf (CA 160) to jeden z najbardziej eleganckich pomocników, jakiego miałem przyjemność oglądać i podstawowy prawoskrzydłowy reprezentacji Holandii w 2005 roku. Nie zapamiętałem go jako przebojowego gracza, który szarżował skrzydłem i popisywał się zwodami. Nigdy tego nie potrzebował, dysponując znakomitą techniką oraz wspaniałym przeglądem pola, a do tego rzadko kiedy podejmował złe decyzje. Lewą nogą łamał poprzeczki, prawą urywał siatki. Był po prostu znakomity.

Omówiliśmy już pięciu pomocników, co oznaczałoby, że nawet grając 3-5-2 (dlaczego dwa? Zaraz wyjaśnię) wyczerpaliśmy limit miejsc. Ale jak to? A Wesley Sneijder i Rafael van der Vaart?

Holandia w 2005 roku była przeładowana wspaniałymi pomocnikami. Jakim cudem nigdy niczego nie wygrali jako reprezentacja? Nie mam bladego pojęcia.

W Football Managerze 2006 nieznacznie lepszym piłkarzem jest Van der Vaart (CA 154, PA 177), który właśnie w jednym z najbardziej niezrozumiałych dla mnie ruchów transferowych XXI wieku przeniósł się do HSV Hamburg. Nawet Johan Cruyff zachodził w głowę, dlaczego Rafa wybrał właśnie północne Niemcy. Gdyby van der Vaart nie zmarnował trzech lat grając o nic, może jego kariera potoczyłaby się inaczej. W grze starszy z wybitnego duetu ofensywnych pomocników Ajaxu robił co chciał. Rozrzucał piłki na prawo i lewo, miał oczy dookoła głowy i dysponował techniką pozwalającą mu realizować nawet najbardziej niepoprawne wizje. Kreatywny, przebojowy, a do tego grający dla drużyny. Rozgrywający idealny.



Tego samego nie można powiedzieć o Sneijderze (CA 153, PA 175), który miał dość dziwnie poukładane atrybuty. Wówczas lepiej pasował na skrzydło, choć brakowało mu dynamiki w atrybutach fizycznych. Grając w Ajaxie i reprezentacji nieco w cieniu van der Vaarta musiał szukać sobie innej roli na boisku i stał się bestią dopiero, gdy Rafa zmienił klub. Jego czas miał dopiero nadejść.

Boki pomocy w roli rezerwowego obstawiał Andy van der Meyde (CA 150, PA 175), dla którego Football Manager był niezwykle łaskawy, ponieważ brał pod uwagę wyłącznie umiejętności piłkarskie. Tych nigdy mu nie brakowało, niestety głowa nigdy nie pozwoliła mu na zrobienie kariery. Menedżer Holendrów mógł także polegać na niezniszczalnym Boudewijnie Zendenie (CA 151). Na kogo jeszcze należało zwrócić uwagę? Być może kojarzycie takiego gościa jak Robin van Persie (CA 150, PA 175). Jeśli nie, to zachęcam do poszerzenia wiedzy na temat tego zawodnika.

Korzystając z całego dobrodziejstwa inwentarza w pomocy nie pozostaje nic innego, jak tylko dostarczać piłkę do napastników. A w 2005 roku w reprezentacji Holandii miał kto strzelać bramki.

Zacznijmy od tego, którego nie powinno tu być.

Patrick Kluivert (CA 148, PA 180) w 2005 roku jest napastnikiem zniszczonym przez kontuzje. W ciągu sześciu lat zdobył 122 bramki dla Barcelony. W cztery kolejne lata dla Newcastle, Valencii, PSV i Lille trafił do siatki tylko 22 razy. Podczas EURO 2000 rozbił Jugosławię, ale nie trafił karnego w trakcie półfinału z Włochami (w serii rzutów karnych jako jedyny Holender pokonał Francesco Toldo). Patrick Kluivert w 2005 roku ma 29 lat i trudno uwierzyć, że będzie grał jeszcze tylko trzy sezony. W Football Managerze 2006 jest siedmiu lepszych od Kluiverta holenderskich napastników, ale nie przeszkadzało mi to w momencie premiery i tym bardziej nie przeszkadza mi to teraz. Człowiek, który pomógł zakochać mi się w reprezentacji Holandii ma w niej miejsce, gdy piszemy alternatywną historię.

Kluivert szybko przestał być głównym obiektem moich sympatii i nieudanych prób naśladownictwa w trakcie wszelakich rozgrywek piłkarskich. To miano przejął jego rówieśnik, który urodził się dokładnie w ten sam dzień – 1 lipca 1976 roku. Tak jak Kluivert ma 188 centymetrów wzrostu. Tak jak Kluivert miał problemy z kontuzjami, które przeszkodziły mu w pełnej realizacji potencjału, jakim dysponował. Ale Ruud van Nistelrooy miał jedną główną cechę, która różniła go od Kluiverta.

Ruud van Nistelrooy (CA 176, PA 190) grał dla Manchesteru United. I w 2005 roku wystarczyło mi to w zupełności.



Wówczas starałem się chłonąć jakiekolwiek mecze Manchesteru United, oglądałem co się dało. Grałem nimi w FIFIE po to, żeby po każdej bramce van Nistelrooya usłyszeć to głośne „RUUUUUUUUUUUD” wgrane w plikach gry. Był po prostu nie do zatrzymania. Wydawało mi się, że zawsze znajdował sposób, żeby zdobyć bramkę. Żałuję, że jego kariera w barwach Czerwonych Diabłów zakończyła się przedwcześnie i tym bardziej żałuję, że odszedł do Realu Madryt.

Real Madryt nie jest dobrym miejscem dla Holendrów. Dla Królewskich grali Sneijder, van der Vaart, Robben, van Nistelrooy czy Klaas Jan Huntelaar  – każdy z nich powinien osiągnąć tam więcej. Nawet Ruud, który mimo problemów z kontuzjami zdołał zdobyć dla Realu 64 bramki. No ale cóż…

Wracając do Football Managera – van Nistelrooy był napakowany tam, gdzie być powinien. Wykańczanie akcji, technika, gra z pierwszej piłki, opanowanie, waleczność, przewidywanie, koncentracja… Był piątym najlepszym napastnikiem gry powyżej 25 roku życia (w kolejności: Henry, Szewczenko, Ronaldo, Trezeguet, van Nistelrooy). Zastanawiacie się, kto był szóstym? Już odpowiadam.

Inna holenderska maszyna do strzelania bramek – Roy Makaay (CA 175, PA 189). Nie pojechał na mistrzostwa świata do Niemiec, choć w barwach Bayernu zapracował sobie na pseudonimy Das Phantom i Tor Maschine. Jakim cudem zdobył dla Holandii tylko sześć goli, choć między 1999 a 2007 rokiem dla Deportivo La Coruna i Bayernu Monachium wbił ich blisko dwieście? Też chciałbym to wiedzieć. Miał instynkt do strzelania jak mało kto. Jest jednym z 52 graczy na starcie gry, którzy mają wykańczanie akcji na poziomie 20. Innym jest Tomasz Frankowski, co tylko potwierdza, jak doborowe jest to towarzystwo.

Czwarty z napastników to Pierre van Hooijdonk (CA 155). W 2005 roku u schyłku swojej kariery, ale nikt tak pięknie jak on nie bił rzutów wolnych. On, Shunsuke Nakamura i Juninho Pernambucano to pod tym kątem mój tercet idealny. Zachęcam wszystkich do obejrzenia przynajmniej jednej z licznych kompilacji goli van Hooijdonka. Poezja. Dla niego rzuty wolne rzeczywiście były jak rzuty karne. Potrafił też strzelać w wielu innych sytuacjach, ale wystarczyło, że piłka była ustawiona nieruchomo i bramkarz rywali mógł zacząć się denerwować.

Piąty? Dirk Kuyt (CA 151, PA 159). Wszechstronny, uniwersalny, niezniszczalny, niezmordowany – brak techniki nadrabiał ogromnym sercem do gry i niesamowitym zaangażowaniem. Wszędzie było go pełno, co pozwalało mu regularnie zdobywać bramki. Urodził się nieco za wcześnie – Jurgen Klopp uwielbiałby go w swoim ]Liverpoolu. Numer sześć to wieża o nazwie Jan Vennegoor of Hesselink (CA 148). Już samo nazwisko robi na tobie wrażenie, a co dopiero, gdy staniesz koło takiego gościa. Był nie do przestawienia i idealnie współpracował w PSV z Mateją Keżmanem. No dobrze, siłą rozpędu jeszcze siódmy. Jimmy Floyd Hasselbaink (CA 150) miał tylko jeden cel – zdobywać bramki. Nie brał jeńców, po prostu parł przed siebie i przestawiał wszystkich, którzy chcieli go powstrzymać. A że przy okazji dysponował znakomitą techniką, to strzelał często i różnorodnie.
 
Czas pokazać, co potrafi ta maszyna. 



W ringu powitajmy najtrudniejszego przeciwnika, jakiego zna świat Football Managerów. Fake Niemcy. Takie nazwiska jak Stadler, Krause, Paulus czy Wolf kojarzy każdy miłośnik serii. 





Udało się, jesteśmy mistrzami świata.

FM REVOLUTION - OFICJALNA STRONA SERII FOOTBALL MANAGER W POLSCE
Największa polska społeczność Ponad 70 tysięcy zarejestrowanych użytkowników nie może się mylić!
Polska Liga Update Plik dodający do Football Managera opcję gry w niższych ligach polskich!
FM Revolution Cut-Out Megapack Największy, w pełni dostępny zestaw zdjęć piłkarzy do Football Managera.
Aktualizacje i dodatki Uaktualnienia, nowe grywalne kraje i inne nowości ze światowej sceny.
Talenty do Football Managera Znajdziesz u nas setki nazwisk wonderkidów. Sprawdź je wszystkie!
Polska baza danych - dyskusja Masz uwagi do jakości wykonania Ekstraklasy lub 1. ligi? Napisz tutaj!
Copyright © 2002-2020 by FM Revolution
[x]Informujemy, że ta strona korzysta z plików cookies w celu realizacji usług i zgodnie z polityką plików cookies. W każdym czasie możesz określić w swojej przeglądarce warunki przechowywania lub dostępu do plików cookies.